what a day
maj 28, 2008
What a day!
Przypadkiem trafilam do Addis kilkanascie godzin wczesniej, a to dlatego, ze Turkish Airlines nie mialo miejsc w hotelach w Istambule i kazali mi leciec wczesniej. Na szczescie byl samolot
.
No i witamy w krainie absurdu - czasem pozytywnego, czasem mniej. Na lotnisku kierowca small taxi, czyli lady, w której zazwyczaj nie otwieraja się tylne drzwi, ze o oknach nie wspomne zaoferowal mi kurs do Semien Mazagadza , dzielnicy, w której znajduje się polska ambasada, za 150 byrow, czyli za jakies 38 zeta . YYYY??? W koncu pojechałam za 60, a to i tak była jeferndzi uaga, czyli cena dla bialasa. Choc niewiele przepłaciłam. Litr benzyny kosztuje tutaj 10 byrow czyli około 2,5 zeta. Z oszczędności, pan taksówkarz wyłączał silnik stajac na czerwonym świetle.
Mknac Bole Road mialam wrazenie jakbym stad nie wyjeżdżała. To znam, to znam, o, tu cos nowego buduja. Free Zone.. hmmm zamknęli???
Kasia była lekko zaskoczona, bo w koncu jej nie poinformowalam, ze bede wczesniej. Poszlismy ( bo był jeszcze Abrys) na jakas bunne ( kawe), ale nic z tego, Express nie dziala – mebrat jellem. Aktualnie w Addis sa problemy z pradem – jeszcze nie wiem z czego to wynika – i co drugi dzien nie ma swiatla. Ci którzy maja generatory pradu maja szczescie- biznes jakos się toczy.
Na spanie tez nie było szans. Pojechaliśmy do Nazaretu i Sodere, gdzie sa gorace zrodla i można się pomoczyc za 15 byrow w basenie z zupa. Przy 30 stopniach C człowiek jest w stanie machnac kilka razy rekami w takiej wodzie i passsss. Należy wiec położyć się na wodzie i robic nic………. co może być czasem bardzo przyjemne.
Przez caly dzien mialam poczucie ze jestem tu tylko na chwile, ze na wieczor, kiedy to ckni mi się najbardziej, wsiade w autobus, samochod czy cos i bede za moment z powrotem, i … ech…..so near so far. Wieczorem zasnelam jak dziecko z dzwiekami „Ma fleur”.